eeee

czwartek, 27 kwietnia 2017

Wyspy: Anglesey, Holy Island i South Stack-kwiecień 2017

Drugiego dnia naszej walijskiej przygody wstajemy już po 7. Nie dlatego, że musimy, ale sen pomimo zmęczenia nas nie rozpieszcza. W zasadzie każdego dnia budzimy się już po 6. 
Z kempingu wyjeżdżamy około 9 i kierujemy się w stronę wyspy Anglesey. 
Mamy tam do odwiedzenia kilka miejsc. Nie będą to tym razem zamki.
Jedziemy wzdłóż wybrzeża. Czuję się jak na lazurowym wybrzeżu, na którym oczywiście nigdy nie byłam. Pamiętam je jedynie z filmów z Louisem Define w roli głównej i postanowiłam, że kiedyś tam dotrę. Chwilowo przesuwam plany, chociaż w zeszłym roku niemalże o nie się otarłam w drodze do Toskanii.




Wyspa Anglesey oddzielona jest od lądu cieśniną Menai Strait, ale połączona z nim dwoma mostami.


Nasz pierwszy przystanek zaplanowałam w  Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch . 

Tak dobrze widzicie. Nazwa miejscowości liczy 58 liter i jest najdłuższą zarejestrowaną nazwą miejscowości, trzecią najdłuższą na świecie nazwą geograficzną. 
Oczywiście nazwa ta coś oznacza, nie jest to tylko ciąg luźno ułożonych liter, chociaż na pierwszy rzut oka tak to właśnie wygląda:

Kościół Świętej Marii nad stawem wśród białych leszczyn niedaleko wodnego wiru pod Czerwoną pieczarą przy kościele św. Tysilia.

Ja jestem w stanie wymówić tylko początek, czyli Llanfair. Nazwa miejscowości jest stosunkowo młoda, ponieważ powstała w XIX wieku i miała być atrakcją turystyczną położoną na linii kolejowej biegnącej z Londynu do Holyhead.
Oczywiście robimy sobie tradycyjne zdjęcia na stacji kolejowej:



Po czym kierujemy swoje kroki do marketu, w którym możemy kupić oprócz pamiątek chyba wszystko. Pamiątki również nie tylko walijskie, ale nawet szkockie maślane ciasteczka, opakowane w pudełko w czerwoną kratę.




Po niewielkich zakupach (ceny niektórych artykułów są nieco zawyżone moim zdaniem) kierujemy się w dalszą podróż. Opuszczamy Anglesey i dojeżdżamy kolejnym mostem na wyspę Holy Island. Naszym następnym celem jest latarnia położona na wysepce South Stack. Wybudowano ją i uruchmiono w 1809 roku. Latarnia została zelektryzowana w 1938 roku, a zautomatyzwana w 1984 . Od tamtej pory nadzorowana jest zdalnie, a ostatni latarnik stracił pracę :( .


Jeżeli kiedykolwiek będzie Wam dane przyjechać do Walii, koniecznie musicie zobaczyć to miejsce. Szczególnie w słoneczne dni kolor morskiej wody jest niesamowity. Przez moment poczułam się nawet jak w Kornwalii, którą odwiedziliśmy w 2014 roku. 


Aby dostać się do latarni trzeba pokonać schody, których jest podobno około 400. Następnie aluminiowym mostem (widoczny na zdjęciu poniżej) musimy przejść na wysepkę South Stack. Niestety most był zamknęty, zatem nie mogliśmy zobaczyć latarni z bliska. Zejść było łatwo, ale wejście dla starszej części rodziny nie było już takie przyjemne. 


Nie wiem natomiast w jaki sposób dzieci ładują swoje akumulatory, ale po pokonaniu tych schodów (400 w dół i ten sam dystans w górę) nie wyglądały na zmęczone. My natomiast czuliśmy się pokonani. 



Po odpoczynku wsiadamy do auta i jedziemy zobaczyć jedyny działający w Walii wiatrak-młyn. Oczywiście nasza nawigacja zaczyna wariowac w najmniej odpowiednim momencie. W końcu jednak dojeżdżamy na miejsce.
Melin Llynon, bo tak on się nazywa, został wybudowany w 1775 roku na obrzeżach miejscowości Llanddeusant. Jego pierwszym włascicielem był Thomas Jones. 


Podczas burzy w 1918 został uszkodzony w wiatraku mechanizm wirujący. Pracował on jeszcze przez sześć lat po tym incydencie, kiedy wiejący wiatr od strony południowo-zachodniej mu na to pozwalał. 


W malutkim sklepiku kupujemy bilet rodzinny, dzieci dostają "competition", czyli kartki z 6 narysowanymi jajkami w różne wzory. Na terenie obiektu muszą znaleźć takie same i wpisać pod jakimi numerami one widnieją. Jesteśmy w okresie wielkanocnym, zatem temat jajek jest na topie.

Na drewnianej belce jedno z jajek, które dzieciaki musiały odnaleźć.


Spacerujemy powoli w poszukiwaniu owych jaj. Trafiamy do ruin piekarni. Następnie kierujemy swoje kroki w stronę okrągłych domków. 





Bardzo podoba mi się taki sposób "zwiedzania". Jajka motywują, bo na koniec czeka nagroda. Jaka? Tego jeszcze nie wiemy.
Dzieci nie marudzą zajęte zaglądaniem do każdego kąta. 



Na koniec zostawiliśmy sobie spenetrowanie wiatraka w środku. Niestety okazało się, że nasza młodsza podróżniczka boi się chodzić po drabinach, czego wcześniej jakoś nie zauważyliśmy 😕.



Wiatrak służył do mielenia jęczmienia, owsa i kukurydzy. 


W latach 1978 i 1986 wiatrak został wyremontowany przez radę miejską. W chwili obecnej jest jedynym w Walii działającym młynem.
Przy wyjściu, dzieci w nagrodę za poprawnie rozwiązane zadanie otrzymują czekoladki. 

W drodze na kemping odwiedzamy jeszcze dwa wiatraki. Pierwszy z nich to ruina. Aby się do niej dostać muszę wejść na prywatną posesję. Pytam grzecznie, czy mogę. Facet odpwiada, że tak i nie zwraca na mnie najmiejszej uwagi. Wiatrak został wybudowany w 1802 roku i niestety nie miał szczęścia, jak jego poprzednik. Przedstawiam Wam Melin Maengwyn z miejscowości Gaerwen.


Ostatni już wiatrak-młyn miał w swoim życiu farta. Melin Sguthan znajduje się w tej samej miejscowości co poprzedni. Nie mogliśmy uwierzyć, kiedy go zobaczyliśmy. Google maps pokazują ruinę (zdjęcia były ostatnio aktualizowane w 2011 roku) zatem kiedy zobaczyliśmy wyremontowany i rozbudowany wiatrak, nasze usta szeroko się otworzyły. Fajnie, że są jednak miłośnicy tego typu obiektów. 
Pewnie sama, gdybym wygrała w totka kupiłabym sobie wiatrak i w nim zamieszkała. Jednak najpierw trzeba zacząć grać. 


Po wyczerpującym dniu, oczywiście my dorośli padamy na nasze twarze. Dzieci nie...Chmm co ja im daję jeść, że mają tyle energii?
Po chwili odpoczynku i zjedzeniu obiadokolacji idziemy jeszcze nad morze.



Po powrocie zjadamy jeszcze po walijskim ciasteczku, które w smaku przypomina naleśnika z rodzynkami.


To był bardzo intensywny dzień, ale następny zapowiada się równie ciekawie. W sumie odwiedziliśmy dziś trzy wyspy:  Anglesey, Holy Island i South Stack. Na swoim podróżniczym koncie mamy zaliczoną miejscowość, która w nazwie ma 58 liter, trzy wiatraki i pięknie położoną latarnię morską. Mama jest spełniona, dzieciaki jakoś szczególnie nie marudzą 😀, a tata się cieszy, że mama jest zadowolona. Jest jeszcze z nami dziadek, któremu mam nadzieję również się podobało 😇. 

22 komentarze:

  1. Wiatraki obłędne! Nawet ten zrujnowany ma niepowtarzalny klimat! Cudowne! Zatęskniłam za odwiedzeniem jakiegoś wiatraka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może w końcu zrobi się cieplej i my dokończymy szukanie wiatraków w Northumberland i Yorkshire :).

      Usuń
  2. wow super! pokazujesz takie cuda aż szkoda że na pewno tam nie dotrzemy za szybko. Wiatraki rewelacyjne! ten odremontowany - marzenie, ale jeszcze lepsza byłaby latarnia ;) U nas dwoje najstarszych podróżników boi się wchodzić po schodach wysoko więc latarnie do zwiedzania to dla nich wyzwanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojjj musicie koniecznie zajrzeć na Anglesey przy nadarzajacej się okazji. Jest bajecznie, a widok na latarnię piękny:).

      Usuń
  3. Jako osoba w naszej rodzinie, odpowiedzialna za transport w czasie podrozy chce tylko dodac, ze mamy najlepsza nawigacje na swiecie. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. No powiem Ci, że jestem w szoku patrząc na nazwę tej miejscowości.
    Niezły ciąg literowy:)
    Zachwyciła mnie latarnia morska położona na tym cypelku i dom kryty strzechą. Wygląda super. Pewnie dzieciaki chciałyby mieć taki szałasik dla siebie?:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha tak tylko w takiej mniejszej wersji.Zaglądały do środka i w wewnątrz jest ogromny wbrew pozorom.

      Usuń
  5. Dziadek z wycieczek zadowolony. Najdłuższa nazwa w Polsce ma tylko20 znaków miejscowość leży w woj. mazowieckim i nazywa się SIEMIENIAKOWSZCZYZNA i ma 80 mieszkańców. Są nazwy składające się z kilku elementów i te mają po 30 znaków SOBIENIE KIEŁCZEWSKIE PIERWSZE oraz PRZEDMIEŚCIE SZCZEBRZESZYŃSKIE. Oj daleko im do tej z Walii

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tej najdłuższej nazwie w PL również można sobie poplątać język.

      Usuń
  6. Fajne te domki :)
    Ale powiedz mi, skąd u nich biorą się takie cudaczne nazwy?? ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Maravilhosa reportagem com excelentes fotografias!
    Bom fim de semana
    Beijos

    OdpowiedzUsuń
  8. Fantastyczna wycieczka , piękne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  9. A good trip! Beautiful photos.
    Kiss

    OdpowiedzUsuń
  10. piękne nadmorsie widoki, a zwłaszcza ta latarnia morska!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widok na latarnię jest niesamowity!

      Usuń

Dziękuję za odwiedzenie mojego bloga.Będzie mi miło, jeżeli pozostawisz po sobie ślad :).